Białystok – Zurich
Przygotowania:
Z zamiarem wyjazdu nosiłem się dość długo, szukając kogoś do towarzystwa, myśląc gdzie jechać i takie tam, ale w sumie chyba lepiej że pojechałem sam. Przygotowania były długie i żmudne, kupiłem mielonkę podlaską :D, 30 ojro (euro), spakowałem manatki i sio J.
Środa 14 VII
Autobusem 103 z rana jadę do Choroszczy i już ok. 10 łapię stop na wawę. Niestety dopiero po jakiejś godzinie polonez podwozi mnie aż do Tykocina J (jakieś 20-30 km), stamtąd po kolejnej godzinie łapię stopa do samej wawy. Niestety gość mało zna warszawe i wysadza mnie na jakiejś trasie toruńskiej, która jest do dupy. Parę kanapek później miejscowa podwozi mnie na stację benzynową i tłumaczy jak się dostać na Janki. Ponad dwie godz. w autobusie i marszu no i wreszcie jestem na wylocie z palmowego miasta. Tam już kilku buraków łapie, więc idę na koniec kolejki. Wiekowym Fordem Escortem dojeżdżam na jakąś stację (nawet nie wiem gdzie) stamtąd ładniutki Ford wiezie mnie na Bełchatów. Tam jesteśmy już koło 20 wieczorem i nawet ładny park jest, akurat na mój namiocik J ale próbuję dalej. Wreszcie tir J gościu zawozi mnie do wrocka (mają kurde bujane fotele J), ale teksty z cb radio są świetne. Wysiadam tuż przed Wrocławiem na parkingu dla tirów jak nie tu to gość mówi że dalej jest stacja benz. ale to już na następny dzień. Teraz szukam miejsca na namiot, ale to nie takie łatwe nocą więc rozbijam się między tirami na kawałku trawy pod drzewkiem J. Trochę strach ale nie ma rady.
Czwartek 15 VII
Rano zimno tak jak i poprzedniego dnia, więc szybciutko się pakuję i w drogę. Na wyjeździe z parkingu nic nie łapię więc idę w stronę miasta. Niestety zamiast na stację trafiam do centrum. Tutaj uzupełniam braki witamin wisienkami z drzewek J jeszcze pół chleba i pytam jak się wydostać z miasta. Tylko że wersje są różne ale wreszcie tramwajem dojeżdżam do hali banaha i stamtąd darmowy autobus do tesco skąd już niedaleko do bielan. 3 godziny stracone ale już jestem na dobrej drodze tyle że nikt nie staje i nie dziwne, nigdzie nie ma dobrego miejsca żeby się zatrzymać, jedna kobieta mimo to staje ale jedzie do dzierżeniowa co jeszcze wtedy nie wiedziałem że jest po drodze. Nic to idę dalej wreszcie zatrzymuję ciężarówkę i jadę do ząbkowic, nawet gość mnie wysadza na stacji benz. tylko że nie po tej stronie co trzeba J . Na szczęście trafiam na malinki i wiśnie więc nie jest źle. Na wyjeździe Ząbkowic zatrzymuję transita, gość mówi że jak jechał do wrocka to mnie widział więc wracając się ulitował i zabrał J trochę narwany ale nie szaleje za bardzo tylko jednego gościa to by chyba pobił gdyby nie to że był kierowcą i nie mógł wyskoczyć z jadącego samochodu J najpierw mówi że podwiezie mnie do granicy bo nie może być na granicy z drugą osobą, ale potem mówi że mnie zawiezie nad jezioro Rozkosz (niedaleko Nachodu) bo tam jest tanie piwo i dobre knedle J. Na granicy bez problemów i dojeżdżamy nad jezioro, tam knedle z wołowiną w sosie u Arnolda J i dwa piwka i próbuję wejść na camping, ale okazuje się że mnie nie stać, więc nie pozostaje nic innego jak ruszać dalej. Zaraz za miastem zatrzymuję starą skodę ( od dziadka J ) gość jedzie do pragi co jest po drodze mimo że chciałem do wiednia wpaść. Po drodze pozwala mi zadzwonić ze swojej komórki do mego koleżki z czech ale ten jest w brnie więc nie ma jak się spiknąć. Wysiadam na zjeździe z autostrady pod pragą (co za kretyński pomysł) jest ładny lasek na rozbicie namiotu ale chcę się dostać trochę dalej. Niestety te trochę okazało się kilkoma kilometrami marszu po poboczu autostrady (tragedia). Wreszcie koło północy docieram na dużą stację benz. Krótki posiłek i szukam miejsca na namiot ale jest lipa. Poza tym mnóstwo kurewek i alfonsów, jedna nawet mnie pyta czy chcę seks czy oral, ale za mielonkę chyba bym niewiele dostał J Zastanawiam się czy nie przeczekać nocy bez spania, ale znowu znajduję ładne miejsce za tirem i lulu.
Piątek 16 VII
Rano zwijam manatki i na wyjazd. Długo nie czekam gościu wiezie mnie do Pilzen. Angielskiego nie zna nie trochę więc czosko-polsko-migowy uchodzi, tłumaczy mi min że wątroba albo żołądek „kaput” i teraz marihuana to jego hobby J Pod Pilzen zatrzymuję tira i z knedlikiem jadę do niemiec, oczywiście w drodze go opalam bo fajki skończyłem już na granicy. Po drodze jeszcze obiadek w barze tym razem wieprzowina z knedlami i kapustą (zajebiste mają żarcie). Pepik pochodzi z ostrawy więc jakoś się dogadujemy nawet. Wysiadam na stacji niedaleko Heidelberg. Już wtedy zauważam że zamiast nad może sródziemne to dojadę cholera wie gdzie J. Tam zatrzymuje się ładny mercedes (jupi) ale niestety zamiast mnie zabrać, panowie w mundurkach sprawdzają mój paszport J. Ale zaraz potem golf IV, gość jedzie do dusseldorf co jest trochę w przeciwnym kierunku ale co tam, byle się nie smarzyć na tym słońcu. Okazuje się że to szwajcar i po angielsku nijak się dogadać, a z moim koślawym niemieckim nie bardzo było jak gadać. Na autobahnie popier.... 230 chwilami J w międzyczasie studiuje mapę gdzie mnie wysadzić. Daleko nie podjechałem ale było fajno J na wjeździe na autostradę ładne miejsce i łapię na szwajcarię. Zatrzymuje się Astra więc po angielsku pytam czy na Basel, gość coś odpowiada ze słowiańskim akcentem. Wsiadam i mówię że z polszy jadę, odpowiedz: „to czemu po polsku nie godasz” J Traf niezły, po jakimś czasie mówi że jedzie na imprezę do znajomków też polaków, długo nie dałem się namawiać bo już jakaś kąpiel by się zdała J W Rheinstadt u jego znajomków, trochę konsternacji, co zresztą nie dziwne jak kumpel przywozi autostopowicza którego dopiero co poznał J ale jest fajnie, upragniona kąpiel i jeszcze piwkiem poczęstowali J potem wódeczka i swojska kiełbaska J Tutaj wielki ukłon dla Remika, Wojtka, Michała, jego pani, Roberta i Beaty J Spanie na kanapie nigdy nie było tak wygodne J
Sobota 17 VII
Rankiem jeszcze na lekkim kacu Remik podwozi mnie do baden-baden, grosse parking i jeszcze daje parę fajek na drogę J choć cały wieczór go opalałem. Tam jeszcze chwilkę zbieram siły i z tik-takiem w buzi łapię dalej. Zatrzymuje się starszy gość z murzynem J. Jadą na południe więc ja z nimi, gość jest z kenii więc po angielsku sobie gadamy. Niestety kenijczykowi nie pozwalają wjechać do szwajclandu więc granicę na piechotę przekraczam. Mielonka w parku i w drogę. Spacerek przez Basel ok. 3-4 godzin, a miasto puste kompletnie, tylko jakiś dziadek częstuje mnie jarzynkamiJ i kupa rowerów. Za miastem też nie ciekawie, jakiś miejscowy kupuje mi bilet i dojeżdżam na stację benz J Łapię stopa nad jakieś jezioro bo słońce praży strasznie. Młody gościu zabiera mnie nad jezioro Zurich, mówi że to też za miastem jest więc jadę. Niestety jest umówiony więc wysiadam w centrum Zurichu w parku jakuba. Jest ładnie ale namiotu nijak nie da się rozbić tam, poza tym burza się zrywa. Na szczęście nie pada za mocno więc idę wzdłuż jeziora w nadziei na jakieś miejsce na kemping, ale lipa. Po zmroku przysiadam na odpoczynek w jednej przystani, orzeszki na kolację (najlepszy patent na wyjazdy), ale pojawia się dwóch typów, a w pobliży nikogo więcej. Jeden staje koło mnie i stoi, drugi coś gada w jakimś dziwnym języku nieopodal. Jako ze robiło się nieciekawie postanawiam sam ich zaczepić. Pytam po angielsku o drogę na monachium ale oni nie znają języka, jakoś się dogaduję po niemiecku, choć oni z francuskiej części są a tak w ogóle to z kosowa. Jeszcze przestrzegają przed nazistami i się zmywają na całe szczęście. Nie czekając na następnych dziwaków idę dalej. Ciemno, deszcz ale nie usiądę przeca na ulicy. Po drodze mijam jakiegoś gościa ok. 40, który później przejeżdżając zatrzymuje się i coś do mnie po niemiecku, to ja do niego po angielsku J dopiero jak powiedział szlafen to mówię że „ja”. Mówi żebym z nim szedł gdzieś nad jezioro, idę choć cholera wie co to za jeden, ale one koza śmierć. Okazało się że ma klucze do klubu nad jeziorem i otworzył mi przebieralnie i przyniósł jeszcze leżak, a na dodatek poczęstował papieroskiem J kiedy się napawałem szczęściem jakie mnie spotkało przyniósł jeszcze jabłko, czekoladkę, bułkę i piwko, zostawił dwa papieroski J jeszcze otworzył mi prysznic na rano. Po skonsumowaniu tych smakołyków myślę sobie, jak fajnie spotkać takich zajebistych ludzi J i to dwa dni pod rząd J jednak gupi ma szczęście J
Niedziela 18 VII
Ranek kurewsko zimny, ale ciepła woda pod prysznicem sprawia że czuję się jak młody bóg J Podziękowania memu dobroczyńcy, fotka na przyszłość żebym trafił następnym razem i dalej w drogę. Niestety dopiero po czterech godzinach marszu wzdłuż jeziora zatrzymuję łebka, ale podjeżdżam tylko parę kilometrów, potem znowu marsz i znowu parę km, znowu marsz i przedostaję się na drugą stronę jeziora z jakimiś hipisami J stąd wreszcie zabiera mnie gość w stronę austrii. Widoczki po drodze są suuuuper, cieszę się jak dziecko J, potem dwie ładne szwajcarskie niunie zabierają mnie na granicę niedaleko Bregenz, jak im mówię że pojechałem z 30 ojro wybuchają śmiechem J Z granicy pomykam do Lusteden tam pozwalam sobie na luksus (kiełbasa z bułką w barze J) i rozbijam się na jakimś polu bijąc rekord prędkości rozstawiania namiotu bo komary żrą strasznie J
Poniedziałek 19 VII
Pomykam na stację benz. i łapię stopa na insbruck, ale mimo że tiry już zaczęły jeździć, po pięciu godzinach nic nie łapię (tylko słońca sporo) wszyscy jadą na północ (Bregenz) więc wreszcie jak się zatrzymało BMW pomyślałem że odpuszczę i pojadę przez niemcy. Gościu ma wygląd jak z listu gończego J i jeszcze mnie wysadza na byłym przejściu granicznym gdzie nic prawie nie jeździ. Kolejne dwie godziny i błagalnym gestem zatrzymuję tira na południe. Ten wysadza mnie w jeszcze gorszym miejscu bo na małym postoju gdzie jest tylko kibel i mapa J ale nawija się gościu i zagaduję żeby mnie podwiózł choć na jakąś stację. Po drodze mówi że mój niemiecki jest gut J wiele rzeczy już słyszałem ale nie coś takiego. Gość jest na tyle miły że zawozi mnie na stację za Bludenz w którym miał skręcić J. Tam już pikne góry i łapię dalej ale też nie mam nic przeciwko noclegowi tutaj. A tu nagle hamuje renault żaba J gość jedzie do Insbrucka J po drodze mówi że kiedyś czekał 3 godziny na stopa i teraz zabiera wszystkich stopowiczów J choć okazało się że na tej trasie jestem pierwszym jakiego spotkał. Wysiadam na stacji pod insbruckiem i stawiam namiot nad Inną, jest piknie J
Wtorek 20 VII
Jakoś tu dziwnie, co noc pada deszcz, no ale lepiej niżby miał w dzień padać J zwijam majdan i w drogę. Jakaś starsza para zabiera mnie pod Salzburg. Tam zatrzymuję tira który jedzie do Triestu (nad morzem akurat) ale rezygnuję, za mało czasu. Kieruję się na Linz. Pod linz zatrzymuję szwajcara który akurat jedzie do czech J jest. W czechach problem z wymianą ojro na korony (banki czynne tylko do 16 L leniwe knedle) ale wreszcie wymieniam w hotelu. Wysiadka za Budziejowicami i szukam baru z knedlami J niestety buraki nie mają knedli ale za to wysokie ceny. Dobrze że do rachunku nie doliczają zjedzonych przypadkiem much. Jeszcze skodą dojeżdżam do jendrichov hradec i czas szukać noclegu. Tym razem trafiam do lasku. Trochę pochyło ale lepsze to niż pole koło drogi. W nocy znowu deszcz, tym razem dostaje mi się do namiotu i podtapia trochę śpiwór L
...
Środa 21 VII
Rankiem studencik zabiera mnie skodą do Brna, po drodze dymi skrzynia biegów, ale skoro jemu nie przeszkadza to nic nie mówię J Stamtąd do Svitavy i starsza para zabiera mnie do hradec kralove. Babeczka mówi coś po czesku to ja jej po anglisku J to ona mówi że może i po anglisku, mówię że z polszy jadę a ona że po polsku też umie J a babeczka z 70 lat ma J ale spoko. Dalej znowu trafiam na gościa co po polsku goda, ale jego fajniutka córka niestety nie J Wysiadam nad jeziorem Rozkosz i znowu do arnolda na knedle J jeszcze parę rohalików i sruu. No i dalej do domu. Chwilka czekania i staje ciężarówka. Wygląda jak jeden z samochodów z „Bazy Sokołowskiej” M. Hłaski J ale gość jedzie aż do Warszawy. Po drodze mówi mi jak się robi knedle J i wysiadam za rawą maz. Tam nocka na stacji bez snu, dobre że niunia w barze pozwala posiedzieć bo zimno jak w psiarni.
Czwartek 22 VII
Po obejrzeniu jak kuroń robi gołąbki i parę innych potraw ruszam dalej. W Mszczonowie odbijam na trasę 50 żeby ominąć to buraczane miasto (stolicę naszą J), ale łapanie idzie gówniano, kilka krótkich odcinków podjeżdżam przysypiając trochę, wreszcie pod mińskiem maz. zatrzymuje się stary opel. Młody gościu jedzie do białegostoku J co prawda po tym jak mówi ile miał już wypadków i jak prowadzi, nie jestem pewien czy dojadę J wolę to przespać J i już po południu jestem w domu J
The End